Toksyny

Żyjąc we współczesnym świecie nie da się uniknąć zagrożenia ze strony toksyn. Można je jedynie minimalizować – trzeba jednakże wiedzieć, czego się wystrzegać. Ludzie wykazują się tutaj wyjątkową wręcz inwencją, aby odwrócić uwagę od rzeczy, które naprawdę mają znaczenie, ale są dla nich zbyt wygodne. Pomiędzy szklanką piwa a dymkiem z papierosa będą rozwodzić się nad „opryskami z samolotów pasażerskich”. Zajadając się kiełbasą (albo, o zgrozo, parówkami) będą pomstować na te straszne szczepionki wypełnione rtęcią. Popijając frytki colą dywagują o zagrożeniach ze strony GMO. To bardzo wygodne, ale też skrajnie nieprawdziwe. Toksyn można uniknąć, ale trzeba się przy tym napracować – a także wyrzec paru rzeczy, które lubimy. Dlatego zresztą prawda jest tak bardzo niepopularna.

Najpierw metale ciężkie. Nie, to nie będzie rtęć. Ona – wbrew pozorom – nie jest dla nas szczególnie groźna. Owszem, to jedna z najsilniejszych trucizn, tyle że jest jej po prostu za mało, aby miała znaczenie. Prawdziwym zagrożeniem jest ołów, nawet w przypadku dzieci autystycznych to właśnie on był podwyższony we krwi, a nie rtęć. Szczególnie u nas w kraju sytuacja jest dość poważna. Paraekolodzy zablokowali budowę elektrowni atomowej, w rezultacie dalej mamy elektrociepłownie wyrzucające do atmosfery potężne ilości ołowiu (oraz przy okazji substancji radioaktywnych), zabijające tysiące ludzi każdego roku. W praktyce nasze elektrownie węglowe co roku zabijają pięć razy więcej osób, niż wynosi całkowita suma ofiar katastrofy w Czarnobylu. I nie, nie ma tu alternatyw – energii uzyskanej ze słońca nie jesteśmy w stanie magazynować, wiatr jest źródłem zbyt niepewnym, by powierzyć mu więcej niż kilkanaście procent zapotrzebowania energetycznego kraju, a rzek w Polsce wystarczy może na pokrycie kilku procent.

Co tu można poradzić… chyba tylko „nie mieszkaj obok elektrowni węglowej”. Bardzo niezdrowe jest też przebywanie w pobliżu miejsc, gdzie spala się węgiel a także – wbrew obiegowej opinii – drewno. Oprócz tego warto uważać, by nie dostarczać do organizmu metali ciężkich w życiu codziennym – myć ręce przed jedzeniem gry grało się na gitarze albo np cały dzień dotykało monet pracując „na kasie”, nie zagryzać ciężarków wędkarskich zębami, uważać na śrut wiatrówkowy.

Są sposoby na usunięcie metali ciężkich z organizmu – ale raz, że dość kłopotliwe, dwa – nie pozbawione skutków ubocznych. Na forum jest artykuł o EDTA, substancji która co prawda zabiera ze sobą ołów i sprawia, że go wysikujemy, ale zabierze też cynk, żelazo i wszystko inne, co po drodze napotka. W zasadzie najbezpieczniejsza jest cysteina, ale tez nie ma szczególnie silnego efektu.

Kłamstwem jest rozpowszechniana przez sprzedawców „cudownych preparatów” informacja, jakoby chelatory przenosiły metale ciężkie do mózgu, dzieje się dokładnie odwrotnie. Kłamstwem też są informacje, jakoby EDTA działało tylko dożylnie. Więcej na ten temat jest na blogu:

http://naturalneleczenie.com.pl/2015/07/25/olow/

Fluor. Owszem, potrzebny zębom, ale tylko wtedy, gdy dotyka ich powierzchni (np w paście do zębów). Dodany do wody pitnej ma prawie zerowy efekt, za to bardzo duży negatywny na resztę naszego organizmu. Występuje w bardzo dużej ilości w herbacie. Powinno się go unikać, zaś gdy jest to niemożliwe – zwiększyć spożycie boru, który usuwa go z organizmu. Zwykły 3% kwas borowy, dostępny w każdej aptece zawiera 5 mg tego pierwiastka na mililitr. Zalecenia suplementacyjne dla zdrowych ludzi to 3 mg dziennie, czyli pół mililitra. Wypłukiwanie fluoru wymaga dawek wielokrotnie większych, ale długotrwałe stosowanie może mieć nieprzyjemne konsekwencje zdrowotne. Co prawda sole boru są czasem określane jako „trucizna”, ale trzeba pamiętać, że mają one toksyczność identyczną z solą kuchenną – zjedzenie kilkudziesięciu gramów w jednej porcji może zabić (dlatego nie wolno trzymać tego przy dzieciach i dlatego jest określane jako trucizna), małe dawki są całkowicie nieszkodliwe. Bez żadnego ryzyka można przez miesiąc czy dwa brać 20-40 mg dziennie.

Najgorsza chyba rzecz, której najtrudniej uniknąć – wszelkiego rodzaju pestycydy oraz inne złożone związki chemiczne, czy nawet niektóre konserwanty i barwniki. Co prawda stężenie pojedynczej substancji tego typu jest z reguły niegroźne, powiedzmy że zwiększa ryzyko raka o 1/1000 procenta, ale tu trzeba pamiętać o efekcie synergii.

W jednym z badań podzielono szczury na 3 grupy. Jedna dostała sole rtęci, w dawce która zabija co setne zwierzę. I faktycznie, tyle właśnie padło. Druga – sole ołowiu, znowuż w takiej właśnie dawce. Znowu padł 1% szczurów. Trzecia grupa dostała obie te trucizny naraz. I tu nieprzyjemne zaskoczenie – zdechły wszystkie, co do jednego. Synergia toksyn i chorób to bardzo groźne zjawisko, sprawia, że z pozoru niewielkie zagrożenia urastają do rangi potężnego problemu, gdy występują jednocześnie. Jak we wszystkim, tak i tutaj jest jakiś pozytyw – w powyższym badaniu wystarczyło usunąć tylko jedną z tych trucizn, aby uratować 99% zwierząt z trzeciej grupy. Podobnie usunięcie tylko jednej toksyny z naszego życia znacząco obniży efekt pozostałych.

Wracając do tematu – mamy szereg substancji, z których każda zwiększa ryzyko raka o 1/1000 procenta. Ale jeśli jest ich jednocześnie pięćset – a tyle właśnie może ich być – mamy naprawdę bardzo duży problem. Dla przykładu, wysokie stężenie pestycydów w diecie i otoczeniu zwiększało kilkukrotnie ryzyko chorób autoimmunologicznych czy schorzeń układu nerwowego (Parkinson, Alzheimer), a u matki – nawet kilkukrotnie ryzyko autyzmu u dziecka w przypadku silnego skażenia.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC5007474/

https://www.bmj.com/content/364/bmj.l962

Nie ma niestety złotego sposobu, który pozwala się przed nimi całkowicie ochronić. Głównym źródłem zatruć w badaniach była jednak nie żywność jako taka, ale bliskość oprysków. Tych można i trzeba unikać. Przejście na żywność organiczną nie wydaje się najlepszą strategią – pestycydów jest w niej tylko nieznacznie mniej, za to regularnie znajduje się w niej więcej chorobotwórczych bakterii. Do tego trzeba uwzględnić cenę i kłopoty związane z kupnem.

Żywność GMO jest z reguły całkowicie bezpieczna. W jednym z dość znanych badań szczury, które dostały kukurydzę GMO pływającą dosłownie w rakotwórczym herbicydzie miały zwiększone ryzyko raka, ale winien był oczywiście tenże pestycyd, a nie sam fakt modyfikacji jako takiej. Sytuacja dość śmieszna, jako że z jednej strony pseudoracjonaliści próbowali dowodzić, że badanie jest zafałszowane, bo przecież GMO jest bezpieczne (byli za głupi by zauważyć, że badano nie modyfikację, ale rakotwórczy herbicyd), z drugiej zaś – pseudoekolodzy krzyczeli, że GMO wywołuje raka, bo też byli zbyt głupi by dostrzec, co było badane.

Palenie tytoniu to jeden z największych wrogów długiego i zdrowego życia. Na szczęście mamy w końcu alternatywę – epapierosy, które na dzień dzisiejszy nie mają wykazanych żadnych szkodliwych właściwości, nie licząc kontaktu z wdychanym gorącym powietrzem. Koncerny tytoniowe co jakiś czas próbują nagłaśniać badania gdzie niby coś wyszło, na przykład dość głośna publikacja, w której osoby „palące” epapierosy miały zwiększone ryzyko chorób, ale naukowcy „zapomnieli” tam zaznaczyć, że są to osoby które zazwyczaj jednocześnie palą zwykłe papierosy, siłą rzeczy jako grupa muszą mieć gorszy stan zdrowia od osób, które w ogóle nie palą.

Alkohol nie jest zdrowy w żadnych ilościach. Publikowane czasem badania o gorszym zdrowiu absolutnych abstynentów nie uwzględniają tego, że tacy abstynenci to z reguły albo alkoholicy którzy próbują wyjść z nałogu, albo osoby którym lekarz zabronił pić ze względu na stan zdrowia.

Wszelkiego rodzaju dodatki do żywności „E….” z reguły są dość dobrze przebadane i dość bezpieczne. Zazwyczaj są to substancje występujące naturalnie i może się okazać, że jedząc jedno jabłko dostarczamy więcej E296, niż gdybyśmy zjedli 70 opakowań leków z jego dodatkiem.

Bardzo ciężko uniknąć smogu i zanieczyszczeń powietrza, niestety, dopóki nie zmodernizuje się całego kraju, smog nie zniknie. Można stosować w domu oczyszczacze powietrza, można chodzić w maseczkach przeciwsmogowych, nic więcej nie zrobimy. Czasem pojawia się informacja, jakoby NASA przeprowadziła badania dowodzące, że rośliny oczyszczają powietrze z zanieczyszczeń – to dość perfidna manipulacja. Faktycznie, prowadzono takie badania, ale ich przebieg nieco różnił się od wyobrażeń – powietrze było w nich filtrowane przez warstwę ziemi i system korzeniowy roślin.